Policja- przesłuchanie

Jak wiecie miałam wypadek. Związku z tym dostałam wezwanie na policję (telefonicznie). Weszliśmy z mężem do komisariatu. I od razu znaleźliśmy się w poczekalni  z dwoma zamkniętymi drzwiami, nie licząc wejściowych. Nie było żadnego policjanta tylko trzy osoby czekające. W końcu zdecydowaliśmy się zastukać w drzwi na prost nas. Otworzył nam policjant. Powiedzieliśmy o co chodzi. Mówiłam nawet jaka pani do mnie dzwoniła i na która godzinę kazała przyjść i do jakiej sali (wiem, że w tym zdaniu nad użyłam literki i, ale trudno) Pan policjant kazał nam czekać informując, że jesteśmy trzeci w kolejce do tej pani. Po ponad godzinie czekania, mąż postanowił upomnieć się o mnie. Mówiąc, że małe dziecko czeka w domu, a babcia z nim została i że długo nie może się jednak nim zajmować z uwagi na wiek. Oczywiście było to małe kłamstwo bo została z nim moja mama i jak trzeba by było siedziałby cały dzień. I dzięki  Bogu to zrobił. Gdyż od wejścia dostała mały ochrzan, że nie powiedziałam, że przyszłam  i że miała już mi wysyłać wezwanie do domu. Mówiłam jej, że poinformowałam pana policjanta dokładnie  o wszystkim, ale kazał mi czekać. Więc czekałam. Nie wiem czemu jej tego nie przekazał, widać strasznie nie zorganizowani. Trochę mnie to zdenerwowało, bo jednak ona się ze mną umówiła na daną godzinę, a później nawet się nie zainteresowała, ani nie dopytała, czy ktoś taki przyszedł.

Także, przejdźmy dalej. W końcu zaczęła mnie przesłuchiwać. W głowę miałam ułożone cała historie wypadu. Ale jak przyszło co do czego, ledwo co wydukałam parę zdań. Tak jest zawsze nawet jak idę do lekarza. Wiem co i jak chce powiedzieć, ale później wychodzi inaczej.  Moje zeznania nie zmieniły postawy policji co do tego, ze jestem winna. I od wejścia o tym wiedziałam. Bo do ręki dostałam pouczenie. I na tym moja kara, za wpadnięcie w samochód i uszkodzenie go, się kończyła ( na szczęście). Na koniec oczywiście nie omieszkała wrócić jeszcze raz uwagę na to, że jak się z kimś umawiasz na dana godzinę to trzeba się upomnieć…

W czasie przesłuchania oczywiście strasznie się stresowałam, przez to zwracałam uwagę na różne szczegóły np. że policjantka ma 4 gwiazdki. Albo, że na ścianie wisi mapa Polski (Zaczęłam ją w pewnym momencie analizować), jakiś krzak oraz jakieś słoneczka i motylki itp. Co gorsza w pewnym monecie policjantka wyszła i zostawiła mnie samą (myślałam, że zwariuję) po czym wróciła twierdząc, że nie wie co ze mną zrobić. Ponieważ nie ma paragrafu mną sytuacje tego wypadku. Gdyż stało się to na parkingu.

Na sam koniec chciałam napisać czuję czyje się winna? Trochę tak, ale nie do końca. Już tłumacze o co mi chodzi. Przyznaję się do tego, że nie zachowałam dużej ostrożności i w tym tkwi moja wina. Ale uważam, ze kierowca pojazdu, także nie zachował ostrożności. I w dodatku ta pani jechała zbyt szybko, niż powinno się jechać na parkingu. ( Oczywiście w tym zostałam  uświadomiona, przez męża, rodzinę i poru znajomych) Dlaczego im wieże. Po wypadku myślałam, że tyko, jakby odbiłam się od auta i spadłam na ziemie. Dopiero później dowiedziałam się, że wleciałam na maskę samochodu. I wszyscy tutaj twierdzą, że jakby jechała wolno to nie byłoby to możliwe. Ja nie jestem kierowcą więc nie mogę tego oceniać, ale wydaje mi się logiczne. I nie chce zwalać winy na kierowca. Ale zdenerwował mnie fakt, ze od wejścia (jeszcze w szpitalu jak leżałam pod kroplówka) policjant stwierdził moją winę, jeszcze mnie nawet nie przesłuchał. Powiedział, ze tamta pani twierdzi, ze zobaczyła mnie dopiero na masce i dlatego ja jestem winna. I tak jak mówię, moim zdaniem obie ponosimy winę, ale to tylko zdanie zwykłego obywatela.

Poczucie winy…

Czuje się winna, leżę na łóżku bo ciężko mi chodzić. Cały czas ktoś tam zajmuje się Szymkiem. A ja nie mogę wstać się nim zająć. Wszyscy pozmieniali priorytety, zostawili swoje prace prze ze mnie… Czuje się tak jak w tedy w ciąży bezużyteczna… Tyle, że wtedy nikt nie musiał poświęcać swojego czasu, teraz ktoś musi zajmować się Szymusiem dopóki nie dojdę do siebie. Z tego powodu jest mi strasznie głupio, źle i bezradnie. Chciałabym wstać i zająć się Szymkiem, ale ledwo dochodzę do łazienki… Co za koszmar. Ta bezradność wykańcza…

I jak pomyśle ile razy myślałam, że chciałaby tak sobie poleżeć i odpocząć od synka, żebym przez jakiś czas nie musiała wstawać, myśleć o kaszkach, kupkach, spacerach itd. I w sumie mam co chciałam, leże sobie. A inni zajmują się moim dzieckiem I przez to jeszcze gorzej się czuje. Jak ja tak mogłam myśleć ” O jak fajnie byłoby poczytać w spokoju książkę, czy oglądnąć coś. I co mam to i jakoś nie czuje się szczęśliwa. Czuje się tylko winna. Czuje, że narobiłam wszystkim kłopotu… Beznadzieja

Ale staram się wykorzystać czas w łóżku, trochę popracowałam nad zaległymi wpisami na bloga, tyle, ile daje rade to wyszywam i czytam książkę. Kropkować obrazu raczej nie dam dzisiaj rady. Oko mi strasznie spuchło (przez to tez dużo czytać nie mogę), noga i biodro nadal bolą chociaż mniej. Zaczęły mi dokuczać nudności i drętwienie. No i wszystko mnie męczy.

Noc była koszmarna, śniły mi się jakieś głupoty. Tyle, że budziłam się co jakiś czas z bólu. Nie mogłam się przekręcić. ciężko było mi zasnąć ciągle miałam to zdarzenie przed oczami…